Frapowała Was kwestia mojego odchudzania zatem od niej postanowiłam zacząć post. Miałam w zamiarze zrzucić tyle kilogramów (zaczynając z wyjściową wagą 72 kg) by czuć się i wyglądać lepiej. Uprzedzając Wasze ewentualne pytania o zdjęcia sprzed odchudzania - takowych nie posiadam, zważywszy na fakt, że od dłuższego czasu przerzucam zdjęcia na pendrive'y, które albo notorycznie gubię, albo po jakimś czasie użytkowania po prostu się psują i wyskakuje komunikat o konieczności sformatowania co oczywiście nieuchronnie wiążę się z usunięciem całej ich 'treści'. W sumie nie ma czego żałować aczkolwiek tragedii nie było - wyglądałam trochę jak taki napuchniętych chomik tudzież świeżo wypieczona kajzerka. Konieczność zrzucenia tego i owego dostrzegłam po zdjęciach, które robię sobie od dłuższego czasu - wszystko jakoś ze sobą nie współgrało, choć przyznam, że czasem mam trochę myśli typu 'schudłabym, ale szkoda mi cycków' - za przeproszeniem. Coś nie coś widać na zdjęciach z mojej włosowej historii, szczególnie kiedy próbowałam być 'blondynką' a kończyłam ze sraczką na głowie - jak pewnie widziałyście nie zajmowałam całego kadru swoim rozlewającym się wszystkim, choć sprawiałam wrażenie napuchniętej - szczególnie na twarzy, ale musicie uwierzyć na słowo.
Z wagi 72 kg w swoim 'najlepszym czasie' uzyskałam 53,5 kg, ale summa summarum na chwilę obecną moja waga waha się między 56-58 kg. Poniższe zdjęcie jest chyba najbardziej aktualne. Odkąd zaczął się rok akademicki skupiam się głównie na robieniu zdjęć włosów, ale czasem coś tam jeszcze dodatkowo ujmę w kadrze.
Moje odchudzenie było raczej spontaniczne i bardzo 'na wyczucie'. Nigdy się nie głodziłam, ale trzeba zaznaczyć, że nigdy (przed odchudzaniem) jakoś specjalnie się nie 'przeżerałam' - specjalnie użyłam tego a nie innego słowa, ponieważ czasem (od wielkich dzwonów co prawda, ale jednak) zdarzało mi się niestety przeżreć. Pamiętam takie zdarzenie - któregoś dnia poszłam z Moniczką do maka wzięłam 3 tudzież 4 'czisy', napój gazowany i wielkie frytki i rzuciłam tekstem w który najwyraźniej bardzo chciałam uwierzyć - 'wiesz Monia, ja tak jem dość sporo a jakoś nie tyję specjalnie, nie?'. No niestety - z czasem się trochę tego uzbierało ; )
Przede wszystkim utratę kilogramów zawdzięczam zdartemu przeze mnie rowerkowi stacjonarnemu. To na nim wylewałam siódme poty ćwicząc codziennie (jeździłam intensywnie, a nie jak na wycieczce krajoznawczej) po godzinie bądź półtorej, Zgrałam sobie rihannę, seana paula, beyonce (haha, wiece, że słucham innej muzyki, choć i tej na moich 'fit ipodzie' nie brakowało) i tak sobie jeździłam przez pół roku. Z czasem odpuściłam codzienne ćwiczenia, ponieważ widziałam już zadowalające mnie efekty, a nigdy nie chciałam jakoś tracić 'kształtów', które mam właściwie od zawsze dzięki mojej mamie, która posiadała (i moim zdaniem nadal jest w posiadaniu) przepiękną, proporcjonalną figurę - ja niestety jestem dużo gorszą jej wersją. Niemniej jednak ta genetyczna ruletka zadziałała na moją korzyść ; ) Utraty moich kilogramów nigdy nie uważałam za jakiś sukces - choć wiadomo, przyjemniej patrzyło mi się w lustro.
Nadmienię również, że próbowałam polecanych przez Monikę różnych '10 minut brzuch', '10 minut tyłek' itp. itd. jednakże za każdym razem było to dla mnie zbyt bolesne/meczące i tym samym postawiłam tylko na rowerek treningowy. Ewę Chodakowską wyłączyłam po 10 minutach. Ten rodzaj ćwiczeń kompletnie nie był dla mnie ; )
Moje zdjęcie sprzed 2-3 lat, dokładnie nie mogę go jakoś umieścić w czasie, ale jak widzicie mam krótsze włosy ; ) Nie ukrywam, że chciałabym wrócić do regularnych ćwiczeń co na chwilę obecną jest niemożliwe bowiem cały czas 'macają' mnie przeziębienia i różne zapalenia ;d

Co jadłam podczas odchudzania?
Jak już wspomniałam nie głodziłam się, ale w mojej diecie najwyraźniej 'czegoś' brakowało, ponieważ wypadło mi sporo włosów. Jadłam właściwie wszystko ze szczególnym uwzględnieniem warzyw i owoców. Chodziłam również na 'normalne' obiady u Moniki, które uwielbiam od zawsze. Nie potrafiłam z nich zrezygnować, jak również z innej mojej wielkiej namiętności, którą była pomarańczowa fanta - piłam ją przez cały czas odchudzania, nie chciałam czuć się ograniczona sama przez siebie i swoje 'widzimisię'. Zależało mi na tym by schudnąć, ale nie kosztem wszystkiego co lubię ; ) Dawałam sobie po prostu porządnie w kość za sprawą 'ćwiczeń' i nie objadałam się po 18:00 - właściwie nie jadłam już nic po upływie tej godziny. Dlaczego akurat po 18:00? Bez większego znaczenia, tata zawsze mówił kiedy zabierał się za odchudzanie 'Basiu (moja mama ;3) po 18:00 nic już nie jem, odchudzam się!'.
Jak widzicie - nie robiłam nic specjalnego. Nigdy nie liczyłam kalorii, ani nie ważyłam jedzenia - to jest dla mnie śmieszne liczyć ile co ma kalorii i dopiero wtedy zabierać się za posiłek... Kocham jeść i nie potrafiłabym tak, naprawdę. Główny sprawca mojej utraty wagi to RUCH.
Nic odkrywczego prawda?
A co z efektem jo-jo?
Mnie on ominął i myślę, że raczej już mnie nie uraczy swoją obecnością ; ) Trzymam wagę odkąd schudłam i ta sytuacja trwa niezmiennie.
Jak wygląda moja dieta teraz?
Przede wszystkim wiecie zapewne, iż z racji mojej włosowej obsesji, jem wszystko to co pomaga by włosy rosły piękne i zdrowe (dalej nie osiągnęłam swojego włosowego celu i raczej to długo nie nastąpi). Nic sobie nie odmawiam choć znam granicę, której nigdy nie przekraczam - zresztą bardzo nie lubię towarzyszącego obżarstwu uczucia 'przepełnienia' i niemocy przewrócenia się na drugi bok ;d Jest to nawet na swój sposób nieco niesmaczne.
Jadam dużo orzechów (ziemnych, laskowych, jakoś nie lubię włoskich) i pestek (moje ulubione to pestki dyni, słonecznika). Smażę na oliwie z oliwek, używam jej zamiennie zamiast masła. Chcę wprowadzić w dietę olej kokosowy, ale jakoś zawsze schodzi mi do włosów.
Jadam również warzywa, owoce, rośliny strączkowe (pałam do nich wielką miłością). Jedyne co jem rzadko i właściwie tylko w postaci wędlin to mięso. Nie lubię, nie smakuje mi i jeśli mam je zjeść to tylko w hamburgerze ze 'zdrowej krowy', gdzie chodzę często w przerwie między zajęciami.
Wybieram również wersję z rybką, bądź grillowanym koźlim serem (drugie zdjęcie poniżej) ;3 Jest przepyszny, choć ja biorę bez miodu : ) Moją ulubioną pizzą jest pizza z Len Arte (Katowice), również jadam ją od czasu do czasu w przerwie między zajęciami.
Jeśli miałabym określić co jem teraz napisałabym po prostu, że wszystko prócz właśnie mięsa.
Staram się pić również dużo wody, bo nadal sięgam po nieco innego napoje ;c

Jeśli chodzi o sprzęt treningowy jaki posiadam w domu jest to właśnie rowerek stacjonarny i orbitrek. Zamierzam w najbliższym czasie, jak wyleczę się w 100% wrócić do ćwiczeń już nie tylko z myślą o figurze, ale bardziej o kondycji i zdrowiu : ) Poniżej zdjęcie z wakacji w Tunezji (jakieś 2 lata temu?), wiem, że stoję jak ostatnia łajza, ale trudno.

Jak widzicie same - nie ma się czym zachwycać : )















