Pokazywanie postów oznaczonych etykietą produkt otrzymany w ramach współpracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą produkt otrzymany w ramach współpracy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 marca 2016

Paul Mitchell, Ultimate Color Repair

Kiedy napisała do nas Pani z firmy Paul Mitchell z propozycją współpracy kosmetyków tej marki całkiem się ucieszyłam. Ola od początku była nastawiona sceptycznie, ale to głównie przez to, że raczej nie używa silikonowych kosmetyków, a kosmetyki profesjonalne są nimi zazwyczaj mocno przeładowane.
Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem był fakt, że obydwie otrzymałyśmy po zestawie do przetestowania. Wierzcie mi, że jedynym według mnie minusem prowadzenia bloga we dwie jest to, że firmy po prostu nas ignorują i zwykle proponują wysłanie paczki dla jednej osoby.
Tutaj firma zachowała się naprawdę bardzo ładnie.


Kosmetyki przyszły zapakowane w przeźroczystą czerwoną kosmetyczkę, która ma z jednej strony czarno-białe paski. Dodatkowo zaopatrzona jest ona w karteczki ze składami produktów oraz adresatką. Taki zestaw idealnie pasuje więc na prezent.
Pierwsze co przykuwa uwagę to piękne opakowania z efektem ombre, fantastycznie się mienią, kiedy ruszamy produktem. Bez wątpienia są wspaniałą ozdobą łazienki.
Kolejnym plusem jest duża wydajność szamponu i odżywki oraz kokosowy zapach. Jest on lekko chemiczny, ale wciąż przyjemny. Utrzymuje się również na włosach.

Niestety, na tym muszę skończyć pochwały i jest mi bardzo przykro z tego powodu, ponieważ po takim wstępie ciężko napisać złe słowo na temat produktów.
Stosowałam je zarówno całą serią, jak i pojedynczo i za każdym razem byłam bardzo rozczarowana. Moje włosy raczej lubią się z chemicznymi składami, nie wybrzydzają na silikony, a w tym wypadku produkty zadziałały na nie odwrotnie do zamierzonego efektu.
Szampon nie oczyszczał w ogóle moich włosów. Nie sprawdził się nawet na jednodniowych, czyli tylko wymagających lekkiego odświeżenia. Za każdym razem powodował, że włosy w dotyku były niemiłe i szorstkie, dodatkowo wyglądały na obciążone już po jednorazowym myciu. Nie wyobrażam sobie myć nim włosów codziennie przez jakiś czas. Nawet nie próbowałam zmywać nim oleju.


Myślałam, że może odżywka zaradzi szorstkości i splątaniu po myciu szamponem. Nakładałam ją na 3 minuty i na 10 minut. Podczas aplikacji włosy stawały się zmiękczone i miłe w dotyku. Niestety, kiedy spłukiwałam produkt szorstkość wracała. Dodatkowo ciągle miałam wrażenie, że odżywkę niedokładnie spłukałam, ponieważ czułam film na włosach. To uczucie niestety towarzyszyło mi podczas suszenia i na suchych włosach.
Po użyciu tego duetu moje włosy były przyklapnięte, bez życia, a ponadto pokryte jakimś nieprzyjemnym filmem.


Jedyną nadzieje upatrywałam w ostatnim produkcie z serii-sprayu. Jego wygląd mnie zachwycił - zawiera ogromną ilość błyszczących drobinek, które pięknie się mienią. Wyobrażałam sobie, że taki efekt uzyskam na włosach. Nic bardziej mylnego.


Używałam go zarówno na włosy suche po myciu, jak i na mokre przed suszeniem, w mniejszej i większej ilości. Zawsze wstrząsałam opakowaniem przed użyciem.
Serum nie dość, że nie robi nic pozytywnego to jeszcze pogarsza wygląd fryzury. Po spryskaniu włosy stają się szorstkie, matowe, trudno się rozczesują i plątają się okropnie. Nic tylko je związać i przeżyć do kolejnego mycia.
Używałam go również łącznie z innymi moimi kosmetykami, które zawsze się sprawdzają. Po użyciu sprayu nawet wtedy efekt był mizerny i negatywny.
Jedyny plus to brak obciążenia przy stosowaniu w umiarkowanej ilości.

Podejrzewam, że za tak złe działanie na moich włosach odpowiedzialne jest to, że kosmetyki oparte są na proteinach, których moje włosy nie lubią.
Hydrolizat protein pszenicy i hydrolizowany wyciąg z komosy ryżowej są obecne w każdym z kosmetyków.

Kosmetyki za to świetnie sprawdzają się na włosach mojej mamy - naturalnych, nie farbowanych, zdrowych, o długości do ramion. Korzysta z nich regularnie przy każdym myciu i jest zachwycona stanem i kondycją czupryny. Sama zauważam u niej zmianę - włosy są niesamowicie miękkie, właściwie same się układają, a dodatkowo wzmocnił się jej skręt, który wcześniej już zanikł, kiedy używała innych kosmetyków.
Dzięki używaniu sprayu pozbyła się problemu puszenia włosów.

M.

czwartek, 14 stycznia 2016

Goose Creek, Carrot Cake, Wosk zapachowy

Kolejne łakocie od Goose Creek.
Uwielbiam tą markę i będę wam polecać do znudzenia;d
Ciasto marchewkowe to jedno z moich ulubionych jesiennych przysmaków. Choć po jesieni nie ma już śladu zapach takiego ciasta możemy mieć na wyciągnięcie ręki.


Wosk pachnie jak najprawdziwsze wypieki. Kiedy go zapaliłam mój Narzeczony spytał: co dziś dla mnie pieczesz? : )
Nie piekłam nic i był bardzo zawiedziony, że to tylko wosk.
Wielkim atutem jest to, że wystarczy chwila, by wosk się rozpuścił i zaczął wydzielać zapach. Już po pięciu minutach zaczynam czuć delikatny aromat, który po kwadransie już jest bardzo intensywny.
Jedna kostka wystarcza na około 6 godzin palenia, co jest świetnym wynikiem. Zapach roznosi się po całym domu w oka mgnieniu, a co najlepsze, jest wyczuwalny jeszcze na drugi dzień.
Sam zapach jest niesamowicie przyjemny, bardzo ciepły, domowy, przytulny. Wprawia mnie w spokojny nastrój chwil spędzonych przy kawie i ciastku.
Wosk pachnie korzennym ciastem marchewkowym, a więc nutą główną jest słodka marchewka z dodatkiem korzennych przypraw - cynamonu, imbiru, kardamonu, gałki muszkatołowej. W tle pobrzmiewa trzcinowy cukier i śmietanka kremówka.
Całość jest niezwykle apetyczna, słodka, ale rozgrzewająca, lekko pikantna. Aromat jest bardzo realistyczny, idealnie oddaje zapach prawdziwego, świeżo upieczonego ciasta marchewkowego.
Zdecydowanie fanom zapachów jedzeniowych, słodkich przypadnie do gustu.
Ja w swojej kolekcji mam głównie takie zapachy i przyznam szczerze, że mam ochotę na coś innego.
W tej chwili na stronie PachnącaWanna, gdzie można kupić zapachy Goose Creek trwa promocja i prawie wszystkie zapachy są przecenione. Nie sprzyja to oszczędzaniu ;d
Woski są obecnie w cenie 17 zł : )

wtorek, 15 grudnia 2015

Pachnąca Wanna

Wczoraj odebrałam przesyłkę ze sklepu Pachnąca Wanna. To ewidentnie mój ulubiony sklep, jeśli chodzi o zakup świec czy wosków, ponieważ można tam kupić moje ukochane produkty Goose Creek Candle.



Według mnie to najlepsze świece z jakimi miałam do czynienia. Są niezastąpione, równiutko się palą, pachną wspaniale - intensywnie i długo.
Ja już nawet nie patrze na Yankee ;d Chociaż Yankee mają większy wybór zapachów to Goose Creek moim zdaniem realniej oddają aromat.
W przesyłce znalazła się oczywiście średniej wielkości świeca Vanilla Pumpkin Waffle, która od pierwszego wsadzenia nosa do słoika złapała mnie za serce. Jest słodka, idealna na jesień i zimę. Już ją odpaliłam, ponieważ nie mogłam się doczekać i przyznam, że nie myliło mnie pierwsze wrażenie.
Dodatkowo dwa woski - Carrot Cake oraz Blackberry Parfait.
Sklep nie zapomniał również o produktach kąpielowych i obdarował nas mydełkiem glicerynowym Bomb Cosmetics oraz kulą do kąpieli.
Przyznam, że bardzo lubię na zdjęciach takie rozświetlenie tła za sprawą lamp ;3 Sama szukam jakiegoś oświetlenia, które wpasuje się w klimat mojego nowego mieszkania i tak przeglądam Westwing i inne strony tego typu w poszukiwaniu czegoś oryginalnego jak na przykład kolekcja vintage dostępna na http://www.e-klosz.pl/.
Niestety, nie było już czasu by sfotografować inne produkty z naszej ostatniej paczki (na zdjęcia załapała się tylko świeczka w sumie ;d) w ramach współpracy od Pachnącej Wanny : ) To jedna z najlepszych współprac blogowych jaka nam się 'przydarzyła' i za którą dziękujemy z całego serca : )



M.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Pilomax, Wax Daily, Szampon codzienny do włosów ciemnych

Było o masce do włosów ciemnych, więc czas na drugą część, czyli szampon : )
Producent poleca go jako łagodny dla skóry głowy, do codziennego stosowania. Czy do końca tak jest?


Produkt zawiera substancję o nazwie Sodium Lauroyl Sarcosinate, która pomimo tego, że uważana jest za 'ekskluzywną' to niestety ma podobne działanie do SLS/SLES oraz Cocamidopropyl Betaine, która bardzo często uczula ;c
Mnie ta substancja nie uczula, ale włosów nie zamierzam traktować codziennie tak mocnym detergentem, dlatego używam tego szamponu jako czegoś pomiędzy mocnym szamponem oczyszczającym, a delikatnym codziennym kosmetykiem do oczyszczania.
Przed henną używam czegoś mocniejszego, żeby bardzo dokładnie oczyścić włosy, by henna dobrze je pokryła. Szampon Pilomax jest u mnie w użyciu średnio raz w tygodniu teraz w sezonie zimowym, kiedy używam większej ilości silikonów i parafiny z olejku Dove. Dobrze jest oczyścić z nich włosy, by były lekkie i nie przyklapnięte, a zarazem nie wysuszać ich mocnym ziołowym SLSem, po którym są splątane i nie tak miękkie.
Szampon Pilomax dobrze oczyszcza włosy, a jednocześnie nie ma na nie negatywnego wpływu, nie przesusza. Włosy nie są 'skrzypiące' ;d
Wręcz przeciwnie, są bardzo miękkie, gładkie i dobrze się rozczesują nawet bez odżywki czy maski.
Już mała ilość szamponu wystarczy, by umyć włosy i skalp bardzo dokładnie, ponieważ kosmetyk pieni się bardzo dobrze. Ja zazwyczaj myje nim włosy dwukrotnie i do drugiego mycia potrzebuję już ilości dosłownie wielkości groszku.
Dzięki temu jest wydajny i starczy na długo, co przy jego cenie około 20 zł jest dla mnie nie bez znaczenia. Zapach jest całkiem przyjemny, trochę jak ziołowy syrop, pachnie lekko słodko. (pisząc wzmiankę o ziołowym syropie przypomina mi się dzieciństwo kiedy mama wciskała mi je na siłę przy przeziębieniu ;d miałam wtedy takie łóżku piętrowe (uwielbiałam je, za każdym razem wspinanie się po drabince to była 'wielka' przygoda nawet podczas duszącego kaszlu ;d wspominam to z rozrzewnieniem, akurat trafiłam na takie łóżka na http://meblohand.eu/, kocham takie zbiegi okoliczności haha ;3) Nie jest specjalnie intensywny i nie zostaje na włosach.
Opakowanie to butelka o pojemności 250 ml zamykana na 'klik', co uwielbiam, bowiem bardzo ułatwia korzystanie z niego mokrymi rękami ;d
Przez otwór dawkuje się odpowiednia ilość.

W składzie m.in.: ekstrakt z kasztanowca, ekstrakt z pokrzywy, panthenol, kwas mlekowy.

M.

Arabica Wax, Colour Care, Pilomax

Maskę tą dostałam z zalecenia pani, która wykonywała mi badanie skóry głowy podczas konferencji Meet Beauty. Dlaczego maska do włosów farbowanych na ciemne kolory? Pozostanie to wielką tajemnicą ;d Wiem, że jest również maska do włosów rudych, ale tej niestety nie było, więc dostałam do ciemnych.
Trudno mi odnieść się do tego, czy maska ma jakiś wpływ na kolor włosów, czy je przyciemnia, pogłębia kolor brązów i czerni. Moich rudych włosów nie przyciemniła, ale ja nie stosuję jej codziennie, a raczej raz w tygodniu.



Maski pilomax nigdy nie było moimi faworytami niestety. Miałam dwa rodzaje, jedna była z aloesem i żadna się nie sprawdzała tak jakbym chciała. Za to fajnie działały na skalp, przyśpieszały porost włosów, łagodziły wszelkie podrażnienia. Zużyłam je właśnie do nakładania przed myciem na skórę głowy.
Opakowanie maski pozostało w podobnej formie słoiczka z nakrętką, jednak wygląda teraz bardziej elegancko dzięki dodatkowi złota na etykiecie.
Pojemność jest duża, ponieważ aż 480 g. Zapach i kolor maski przypominają trochę czekoladowy budyń. Konsystencja jest gęsta, ale maślana i gładko rozprowadza się na włosach. Jest śliska i niewielka ilość wystarczy by pokryć całe włosy.
Zapach tak jak wspomniałam kojarzyć się może z czekoladowym deserem, jednak zawiera dużą nutę chemii ;c Nie jest to naturalny, słodki aromat czekolady czy kawy. Raczej mocno chemiczny, sztuczny, ale nie jest nieprzyjemny. Nie utrzymuje się na moich włosach po umyciu.
Maska ma dość prosty skład, ale niestety wszystkie dobre substancje znajdują się po Behentrimonium Chloride, czyli ich stężenie nie jest zbyt duże ;c
Moje włosy jednak lubią takie chemiczne wynalazki.
Mamy więc: ekstrakt z kawy, panthenol, hydrolizowaną keratynę, glicerynę, wyciąg ze skrzypu polnego, wyciąg z henny.

Nie polecam nakładać jej na skalp, jeśli jesteście wrażliwe, ponieważ zawiera DMDM Hydantoin.
Aplikuję ją na całe włosy, również małą ilość na włosy przy głowie, ponieważ mi nie szkodzi. Trzymam ją zwykle koło 20 minut.
Włosy już podczas aplikacji stają się miękkie, podczas spłukiwania czuć, jakie są gładkie i śliskie. Kiedy lekko wyschną dość łatwo dają się rozplątać palcami czy rozczesać szczotką.
Po wyschnięciu  ładnie się błyszczą, są lekko wygładzone, ale nie tak jak po silikonach. Dobrze się układają i wyglądają po prostu ładnie i zdrowo. Nawet moje lekko suche końce nie są spuszone czy w jakiś inny sposób niezadowolone ;d
Stosuje ją raz w tygodniu, ponieważ zawiera proteiny, których moje włosy nie lubią.

To na pewno jedna z lepszych masek Pilomax. Na pewno rozejrzę się za wersją dla rudych.
Niestety nie wiem ile kosztuje, ponieważ ją otrzymałam. Cena może wynosić koło 30 zł ; )

Wieczorem muszę rozejrzeć się nieco na stronie http://babydeco.eu/ (razem z Olą) za jakimiś zabawkami, bądź właśnie artykułami do kąpieli (chrześnica Oli wprost uwielbia kąpiele ;d) w ramach prezentu gwiazdkowego od cioteczek haha ;3 a przeglądanie tego sklepu to czysta przyjemność ; )

M.

piątek, 11 grudnia 2015

Gliss Kur, Oil Nutritive, Maska przeciw rozdwajaniu

Szperając po internecie w celu znalezienia opinii o masce zauważyłam, że pojawia się inne opakowanie i trochę inny skład. Prawdopodobnie więc zmieniono skład produktu oraz opakowanie.
Wcześniejsze było całe żółte z szarą nakrętką. Szata graficzna została odmieniona na plus-zamiast żółci mamy piękne złoto z efektem trójwymiarowym i czarną zakrętką. Ja uwielbiam połączenie złota i czerni.


Kolejnym atutem maski jest jego konsystencja oraz zapach. Produkt jest niesamowicie gęsty, niczym masło do ciała. Rozprowadza się świetnie, ślizga się po włosach. Nie ma możliwości, żeby coś spłynęło. Aplikacja jest szybka i bezproblemowa, a zapach uprzyjemnia cały zabieg. Jest słodki, kojarzy mi się z deserem cytrynowym. Takie cytrusy w cukrze - wspomnienie dzieciństwa <3
Aromat jest również bardzo trwały, utrzymuje się przez długie godziny.
Opakowanie to klasyczny słoiczek o pojemności 200 ml. Korzystanie z niego jest wygodne. Nie wyobrażam sobie, by kosmetyk o tak gęstej, maślanej konsystencji był w innym opakowaniu, ponieważ nie dałoby się tego wydobyć.
Wydajność jest bardzo dobra, starcza na bardzo długo, ponieważ mała ilość wystarcza by pokryć całe włosy dokładnie.
Niestety, na tym plusy tego kosmetyku się kończą. U mnie w ogóle się nie sprawdził. Obwiniam za to dużą ilość masła shea w składzie. Jeśli już jesteśmy przy składzie to jest on bardzo bogaty, głównie emolientowy, choć zawiera również panthenol i keratynę. Ponadto silikony. Wydawać by się mogło, że to mieszanka idealna.
Niestety nie dla kogoś, w przypadku kiedy włosy nie lubią masła shea, które jest na początku składu.
Z olejów mamy również: olej arganowy, olej z krokosza barwierskiego. olej makadamia, oliwa z oliwek, olej z pestek moreli, olej ze słodkich migdałów, olej różany, olej sezamowy.
Maska nałożona solo na włosy, niezależnie od czasu na jaki ją pozostawię powoduje włosową katastrofę. Czupryna wygląda po prostu niewyjściowo - jest obciążona, wygląda na przetłuszczoną na całej długości. Włosy permanentnie tracą objętość, są przyklapnięte, pozbawione życia, a jednocześnie spuszone od połowy długości.
Po umyciu włosy wprawdzie są miękkie i dają się na mokro łatwo rozczesać. Kiedy schną nic nie wskazuje na 'katastrofę', poza tym, że czas schnięcia się wydłuża, co już jest podejrzane.
Włosy suche z kolei trudno się rozczesują, końcówki są suche, napuszone. Co najgorsze pozostają takie nawet po nałożeniu serum silikonowego, nawet mojego ulubionego olejku Dove czy Mythic Oil. Włosy nadają się tylko do jednego - do umycia.

Cena maski to około 18 zł. Często jest w promocji.

Ostatnio mój Narzeczony wspomniał (a teraz mnie właśnie nakłania do tego x raz na facebook'u ;d), że chciałby mieć w naszym wspólnym mieszkaniu akwarium z rybkami - przyznam, że ja w tej kwestii mam same złe doświadczenia - ciągłe mycie ich 'miejsca zamieszkania' oraz nieprzyjemny zapach w pokoju ;d może jakiś dobry filtr akwariowy załatwiłby sprawę ;3
M.

Le`Maadr Laboratoires, A, Łagodząca woda micelarna

Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam, że idealnym, niezastąpionym płynem micelarnym jest ten z Garniera. Był moim ulubieńcem i nie szukałabym niczego na jego zastępstwo.
Ale następca sam wpadł mi w ręce, dzięki współpracy z marką Le`Maadr Laboratoires.
Wielki plus za dużą butelkę, która ma pojemność aż 500 ml, czyli tyle co ulubiony Garnier plus dodatkowe 100 ml. Dla mnie bardzo ważna jest duża pojemność, ponieważ nie lubię często kupować takich produktów, jestem zapominalska i potem nagle okazuje się, że kosmetyk się skończył ;c
Opakowanie to duża, plastikowa butelka z zamykaniem. Opatrzona jest etykietą w kolorach różu i szarości. Całość wygląda całkiem elegancko, trochę aptecznie.
Pisanie posta przyszło mi nieco z trudem, ponieważ przeglądam sobie akcesoria pod kątem meblowania mieszkania i zegar ścienny, imitujący płytę winylową (dorwałam go na stronie https://www.bellodecor.com.pl/) po prostu skradł moje serce ;d! Gdybym miała go kupić to nie wyobrażam sobie żadnej innej wersji kolorystycznej tylko czarno-biała, jest taki piękny ;c)


Płyn ma konsystencję wody, jest rzadki, płynny. Nie wyczuwam w nim żadnego intensywnego zapachu - jest raczej neutralny, łagodny dla nosa. Typowy zapach aptecznych kosmetyków bezzapachowych.
Kosmetyk okazał się bardzo wydajny. Używam go codziennie wieczorem do demakijażu, czasem również rano do odświeżenia skóry po nocy. Po prawie trzech miesiącach stosowania zostało go jeszcze połowa. Na pewno spokojnie wystarczy do lutego.
Jeśli chodzi o właściwości - spełnia wszystkie swoje funkcje. Nie mam mu nic do zarzucenia. Oczyszcza skórę bardzo dokładnie, usuwa z niej wszystkie zanieczyszczenia, makijaż. Nie ma problemu by zmyć nim zarówno podkład, jak i cienie, eyeliner czy tusz do rzęs. Ze wszystkim radzi sobie bardzo sprawnie i szybko. Kolejną pozytywną stroną jest kompletny brak podrażnień. Moje oczy po demakijażu innymi płynami bywały zaczerwienione, czasem szczypały - tutaj nigdy to nie miało miejsca. Podobnie twarz - kiedy jest podrażniona po retinoidach bardzo łatwo jej zaszkodzić nieodpowiednim kosmetykiem. Płyn, o którym dziś mowa nigdy nie podrażnił mi skóry, nie spowodował zaczerwienienia czy dyskomfortu.
Mam wrażenie, że produkt ten dzięki swojemu składowi dba o skórę w bardzo delikatny sposób nie wysuszając, a wręcz napinając lekko skórę.
W składzie same dobroci: woda, sok z aloesu, gliceryna, panthenol, alantoina. Wszystko to łagodzi i koi podrażnienia.

cena za 500 ml to około 29 zł.

M.

czwartek, 10 grudnia 2015

Syoss, Anti - Grease, Suchy szampon do włosów szybko przetłuszczających się

Suchego szamponu używam sporadycznie. Wyjątkowo rzadko na cały skalp, by odświeżyć włosy. Najczęściej zdarza mi się psiknąć nim na grzywkę. Każda posiadaczka grzywki wie, że trudno jest się oprzeć by w ciągu dnia jej nie dotykać, tym samym przyśpieszając jej przetłuszczanie.
Do tej pory używałam tylko Batiste, z którego byłam zadowolona. Podczas spotkania Meet Beauty otrzymałyśmy do przetestowania suchy szampon firmy Syoss. Niestety z tą marką nie mam najlepszych wspomnień i gdyby nie fakt, że trafił do mnie właściwie za darmo, to sama na pewno bym go nie kupiła bojąc się, że to bubel.


Okazało się jednak, że nie warto mieć uprzedzeń, ponieważ szampon z Syoss jest całkiem fajnym produktem, z którego korzystam i być może kiedyś przy okazji promocji kupię ponownie.
Ja otrzymałam wersję do włosów przetłuszczających się, czyli w sam raz dla mnie ;d Jest na pewno jeszcze wersja dodająca objętości, którą również bym nie pogardziła.
Opakowanie zawiera 200 ml produktu, który przy moim sporadycznym stosowaniu na pewno starczy na długo.
Zapach kosmetyku jest bardzo intensywny, cytrynowy. Osobiście nie przypadł mi specjalnie do gustu, ale nie jest na tyle nachalny, żeby mi przeszkadzał. Ulatnia się z włosów po aplikacji w ciągu kilku minut i nie ma po nim śladu.
Szampon moim zdaniem bieli włosy bardziej niż Batiste, za co ma małego minusa. Trudniej się go wyczesuje, nie jest tak łatwo pozbyć się białego nalotu. Na moich rudych włosach niestety lubi się osadzić na przedziałku za grzywką.
Nauczyłam się go używać na grzywkę właśnie w taki sposób, by jak najbardziej minimalizować bielenie. Psikam z większej odległości i niżej, nie u samej nasady.
Szampon stosuję wtedy kiedy umyję włosy wieczorem. Psikam grzywkę rano podczas układania włosów, dzięki czemu zachowuje ona świeżość i puszystość przez cały dzień, nie muszę się martwić, że będzie przyklapnięta i smętna. Czasem odświeżam również pasma przy twarzy.


Suchy szampon to mój must have. Potrafię go nie używać przez kilkanaście dni, a potem sięgać po niego co drugi dzień. Zawsze warto mieć taki produkt na czarną godzinę ;d


Cena według internetu to około 15 zł.

Posta dodaję jadąc autobusem, ponieważ utkwiłam w wielkim korku ;c Pociesza mnie tylko myśl, że po powrocie obejrzę film na stronie http://goldvod.tv/ i wypiję kawę:)

M.

piątek, 13 listopada 2015

Foltene Pharma, Kuracja wzmacniająca do paznokci

Od zawsze mam problemy z paznokciami. Ciągle się łamią, rozdwajają, nigdy nie mogłam ich zapuścić. Nie mam również serca do regularnego stosowania odżywek. Jedyne do czego się potrafiłam zmusić to malowanie odżywką w formie bezbarwnego lakieru. Efekty jednak takiego działania były raczej znikome, choć czasem udało mi się zapuścić trochę dłuższe paznokcie.
Po ostatniej kuracji odżywką z Golden Rose  największy problem mam jednak nie tyle z paznokciami, ponieważ całkiem sensownie zadziałała, co ze skórkami. Muszę się przyznać, że kiedy tylko się denerwuję, jestem w sytuacji stresowej zaczynam skubać skórki ;c
Nie wygląda to ładnie ;c
Nie pomagało zwykłe kremowanie dłoni, nawet smarowanie masłem shea czy innymi tłustymi preparatami.



Kosmetyk, o którym dziś mowa dostałam w ramach współpracy. Nie nastawiałam się na specjalne efekty, bo też znam siebie i wiem, że nie będę potrafiła stosować tego regularnie.
Nie potrafiłam odmówić sobie malowania paznokci i odżywkę stosowałam sporadycznie na całą płytkę. Najczęściej nakładałam na pomalowane już paznokcie, w okolicy skórek oraz od spodu paznokcia. Z początku starałam się być regularna, potem niestety było z tym gorzej.
Jednak nawet nie zachowując dyscypliny mogłam zauważyć pozytywne efekty. Pomimo odstawienia odzywki Golden Rose lepszy stan paznokci został zachowany, nie wróciły do wcześniejszego stanu. Ciągle nie łamały się aż tak, były mocniejsze. Okolice skórek również regenerowały się szybciej, nawet jeśli coś tam poskubałam ; p

Sama odżywka zapakowana jest w coś na kształt opakowania na błyszczyk do ust. W środku znajduje się gąbeczka nasączona produktem. Konsystencja jest płynna, szybko się wchłania. Przez chwilę pozostawia lekko klejącą warstwę, ale po chwili się wchłania. Zapach lekko alkoholowy, ale szybko wietrzeje : )
Nie ma więc trudności stosowania. Jedyny problem to brak motywacji i lenistwo.
Cena to 58 zł za 10 ml. Z tego co widziałam kosmetyk ma dobre opinie wśród innych Blogerek.

Na tej stronie http://sklep-luz.pl/ znalazłam idealną ocieplaną parkę dla siebie na jesień i zimę. Ta, którą mam teraz swoje już przeszła, kożuszek jest szarawy. Mówiąc wprost nosi ślady 'znoszenia' ;d
Już się ucieszyłam, a tu nie ma mojego rozmiaru ;c Z racji dużej przeceny został tylko rozmiar M ;c

Jakie są Wasze ulubione kuracje wzmacniające do paznokci? : ) 

wtorek, 10 listopada 2015

Mydlarnia Li-La, Kosmetyki Naturalne, Kula do kąpieli Soczysty Arbuz

Kulę do kąpieli Mydlarni Li-La miałam okazję poznać całkiem niedawno po raz pierwszy. Przy okazji kupna kuli musującej Bomb Cosmetics dostałyśmy tytułową kulę do testowania. Spośród wielu zapachów najbardziej przypadł mi do gustu właśnie ten owocowy. Pozostałe to głównie nuty perfumowane, choć nie tylko. Na pewno większość kobiet znalazłaby tam swój zapach.
Kula pachnie bardzo intensywnie soczystym arbuzem. Nie jest to zapach w żadnym stopniu chemiczny. Wręcz przeciwnie - przywodzi na myśl upalne lato i zmrożonego arbuza. Kiedy leżała w łazience będąc ozdobą samą w sobie roztaczała wokół piękny aromat za każdym razem kiedy wchodziłam do pomieszczenia. Z tego powodu długo czekała na swoją kolej ;d


Kilka dni temu jednak zmarznięta po ciężkim dniu potrzebowałam relaksu i jak zawsze wybawienia upatrywałam w długiej, relaksującej kąpieli.
Początkowo miałam posłuchać producenta i do wanny wrzucić połowę produktu. Jednak podczas otwierania folii coś poszło nie tak i druga połowa pokruszyła się. Wobec tego wrzuciłam całość do wody. Kula szybko się rozpuszczała, zostawiając na powierzchni lekką pianę, która szybko zniknęła. W wodzie pływały również czarne ziarenka - do złudzenia przypominające pestki arbuza.
Woda nabrała koloru różowo-czerwonego. Czułam się jakbym kąpała się w arbuzowej lemoniadzie. Choć takie widoki przywodzą na myśl iście wakacyjny klimat, ja myślę już o Świętach i zbliżającym się Sylwestrze : ) Zastanawiam się nad ofertą ze strony http://naferie.pl/ ;3 nigdy nie byłam na Sylwestrze w górach i przyznam, że jest to dość ekscytująca dla mnie opcja : )
Po powierzchni unosiły się krople olejków, które mają za zadanie dbać o skórę. Obecne są tutaj: olej ryżowy, olej ze słodkich migdałów, olej słonecznikowy, olej lniany. Poza tym ekstrakt z owoców jabłoni.
Czas w wannie szybko minął w tak miłych okolicznościach i po zakończeniu kąpieli skóra była gładka, miękka i miła w dotyku. Początkowo ciało było lekko tłuste w dotyku, powleczone olejkami, jednak po chwili wszystko wchłonęło się w skórę i swobodnie mogłam się ubrać.
Wrażenie nawilżenia było delikatne, za to zapach na skórze bardzo intensywny nawet przez kilka godzin później. Trochę brakowało mi uczucia "nasmarowanej" olejkami skóry, które jest po użyciu kuli Bomb. Jednak uważam, że w cenie około 15 zł (a często można trafić na promocję) to dobry zakup.